Erytrea – ciekawostki o niezwykłym kraju Afryki

Osoby interesujące się Afryką zwykle kojarzą Etiopię, Kenię czy Tanzanię, a kompletnie pomijają Erytreę. Tymczasem ten niewielki kraj nad Morzem Czerwonym to mieszanka włoskiego modernizmu, surowej polityki i niezwykle gościnnych ludzi. Ten tekst jest dla tych, którzy nie zadowalają się oczywistymi kierunkami i szukają czegoś bardziej „poza utartym szlakiem”. Poniżej zebrano konkretne ciekawostki o Erytrei – od architektury, przez kuchnię, po codzienne życie i ograniczenia, o których rzadko się mówi.

Erytrea w pigułce – kraj, którego prawie nikt nie odwiedza

Erytrea leży we wschodniej Afryce, nad Morzem Czerwonym, graniczy z Etiopią, Sudanem i Dżibuti. Ma powierzchnię porównywalną z Anglią, a liczbę ludności porównywalną z dużym europejskim miastem – ok. 3–3,5 mln mieszkańców (szacunki są rozbieżne, bo dane oficjalne są skąpe).

To jeden z najmniej odwiedzanych krajów świata. Powód jest prozaiczny: wizy są trudno dostępne, a wjazd turystyczny wymaga cierpliwości i często zaproszenia. Dla ciekawskich świata to jednak sprawia, że Erytrea jest jednym z najbardziej „nienaruszonych” miejsc w regionie – bez masowej turystyki, bez resortów i bez instagramowej scenografii.

Erytrea bywa nazywana „Północną Koreą Afryki” z powodu zamknięcia na świat i kontroli informacyjnej – a jednocześnie należy do najbezpieczniejszych państw kontynentu pod względem przestępczości ulicznej.

Asmara – modernistyczne miasto jak z pocztówki z lat 50.

Stolica Erytrei, Asmara, wygląda jak kapsuła czasu. Ulice, kawiarnie i fasady przypominają raczej stare włoskie miasto niż afrykańską metropolię. To efekt okresu kolonialnego, gdy Włosi traktowali Asmarę jak poligon doświadczalny dla nowoczesnej architektury.

Włoski modernizm w sercu Afryki

W latach 30. XX wieku Włosi zbudowali tu setki budynków w stylu art déco, modernizmu i futurystycznym. Stąd wzięły się słynne:

  • kino Impero z charakterystyczną fasadą art déco,
  • stacja benzynowa Fiat Tagliero – przypominająca samolot, z betonowymi „skrzydłami” bez podpór,
  • kawiarnie z neonami i witrynami jak z filmu noir,
  • proste, eleganckie bloki z zaokrąglonymi balkonami.

W 2017 roku centrum Asmary trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO właśnie jako unikatowy przykład modernistycznego miasta planowanego. Co ważne – nie jest to skansen. Te budynki wciąż są normalnie użytkowane, a mieszkańcy piją espresso w barach, które wyglądają jak kadry z przedwojennego filmu.

Kraj kawy, która podawana jest jak rytuał

Kto lubi kawę, w Erytrei trafi do raju. Napój jest integralną częścią życia społecznego – nie chodzi o szybkie espresso na wynos, ale o długie spotkanie przy ceremonii kawowej.

Ceremonia kawy – więcej niż napój

Tradycyjna kawa przygotowywana jest w glinianym dzbanku jebena. Ziarna praży się na żywo, na małym palniku, następnie mieli i zalewa wodą. Podczas ceremonii zwykle:

  • pali się kadzidło lub żywicę, co tworzy intensywny zapach w pomieszczeniu,
  • kawę podaje się w małych filiżankach bez uszek, najczęściej w trzech rundach (każda trochę słabsza),
  • gości zachęca się do dokładek – odmowa bywa odbierana jako nietakt.

Często do kawy podawany jest popcorn albo prażone ziarna – połączenie może brzmieć dziwnie, ale lokalnie jest całkowicie naturalne. Cała ceremonia trwa nawet godzinę i jest pretekstem do rozmów o wszystkim: polityce, rodzinie, sprawach sąsiadów.

W wielu domach ceremonia kawowa odbywa się codziennie, a w weekendy nawet kilka razy dziennie – to bardziej społeczny rytuał niż zwykłe picie napoju.

Religia i języki – mozaika, która zaskakuje

Erytrea jest niezwykle zróżnicowana jak na swój rozmiar. Funkcjonuje tu kilka dużych grup etnicznych, a co za tym idzie – wiele języków. Oficjalnie państwo nie wskazuje jednego „języka narodowego”. W praktyce najczęściej używane są:

  • tigrinia – w górach, w tym w Asmarze,
  • tigre – na północy i wzdłuż wybrzeża,
  • arabski – w handlu i kontaktach z krajami Zatoki Perskiej,
  • angielski – w edukacji i administracji.

Religijnie kraj dzieli się mniej więcej po połowie między chrześcijan (głównie Erytrejski Kościół Ortodoksyjny) a muzułmanów. Co ciekawe, w wielu miastach bez problemu zobaczyć można minaret stojący dosłownie obok kościoła, a kalendarz świąt jest przeplatanką obu tradycji.

Morze Czerwone, wyspy Dahlak i świat pod wodą

Wybrzeże Erytrei ciągnie się przez ponad 1000 km, ale na plażach nie ma tłumów turystów. Część linii brzegowej jest praktycznie pusta, z wyjątkiem rybaków i lokalnych mieszkańców.

Archipelag Dahlak – rafy bez tłumów

Na Morzu Czerwonym leży archipelag Dahlak – ponad sto wysp i wysepek, z których tylko kilka jest zamieszkanych. Wody wokół wysp słyną z:

  • bogatych raf koralowych, które nie są masowo niszczone przez turystykę,
  • wraków statków z różnych epok – od czasów osmańskich po współczesne konflikty,
  • różnorodnego życia morskiego, od żółwi po delfiny.

Dostać się tam nie jest łatwo – potrzebne są pozwolenia, a infrastrukturę turystyczną można określić jako bardzo podstawową. Z punktu widzenia ochrony przyrody to jednak paradoksalnie plus: rafy są w stosunkowo dobrym stanie, szczególnie jak na Morze Czerwone.

Kuchnia erytrejska – między Włochami a Rogiem Afryki

Kuchnia Erytrei to ciekawa hybryda wpływów włoskich i tradycji Rogu Afryki. Na stole obok siebie lądują makarony i pikantne dania mięsne jedzone rękami.

Podstawą wielu posiłków jest injera – duży, kwaśnawy placek z mąki teff, który pełni funkcję talerza i sztućców. Na niego nakłada się różne „gulasze” (zwane tsebhi), często bardzo pikantne, przyprawione mieszanką berbere.

Z czasów kolonialnych zostały typowo włoskie akcenty: makaron, pizza, lody, a przede wszystkim kultura espresso. W Asmarze można spokojnie zamówić świetne cappuccino w kawiarni, która wygląda jak rzymski bar z lat 60.

W wielu lokalach popularne jest połączenie: makaron z sosem pomidorowym na pierwsze danie i injera z mięsem na drugie – z perspektywy Europejczyka wygląda to jak dwa różne światy na jednym stole.

Transport jak z muzeum – pociągi, ciężarówki i rowery

Infrastruktura Erytrei jest skromna, ale ma w sobie coś fascynującego. Z Asmary zjeżdża się serpentynami w dół, w stronę portowego miasta Massawa, mijając widoki na suchy płaskowyż i Morze Czerwone w oddali.

Jedną z perełek jest stara linia kolejowa Asmara–Massawa, zbudowana jeszcze za czasów włoskich. Fragmenty tej trasy są okazjonalnie uruchamiane jako przejazdy turystyczne, często z parowozami pamiętającymi pierwszą połowę XX wieku. Podróż tym pociągiem to jak jazda ruchomym muzeum – tunele, mosty i widoki przypominają film wojenny, a nie współczesną linię kolejową.

Polityka, codzienność i diaspora – niewidoczna druga twarz kraju

Obraz Erytrei byłby niepełny bez wspomnienia o mniej „pocztówkowych” aspektach. Kraj od uzyskania niepodległości w 1993 roku praktycznie nie znał normalnych, pluralistycznych wyborów. Obowiązuje rozbudowany system służby narodowej, który w praktyce może trwać wiele lat, co jest jednym z powodów masowej emigracji młodych.

Efekt to ogromna diaspora erytrejska rozsiana po Europie, Ameryce Północnej i krajach Zatoki Perskiej. Przelewy od rodzin z zagranicy są ważnym elementem gospodarki, a część restauracji i kawiarni w Asmarze funkcjonuje w dużej mierze dzięki pieniądzom wysyłanym z Rzymu, Londynu czy Sztokholmu.

Z drugiej strony, w codziennym kontakcie Erytrea uchodzi za kraj zadziwiająco spokojny, z niską przestępczością uliczną, silnymi więziami rodzinnymi i sąsiedzkimi. To jeden z tych paradoksów, które sprawiają, że o tym państwie trudno myśleć w prostych kategoriach „dobry/zły” czy „bezpieczny/niebezpieczny”.

Erytrea pozostaje jednym z najbardziej niejednoznacznych miejsc w Afryce: pełna uroku, zamknięta, fascynująca i wymagająca jednocześnie. Dla jednych będzie tylko ciekawostką z mapy. Dla innych – krajem, który na długo zostaje w głowie, nawet jeśli zobaczy się go tylko w opowieściach i zdjęciach.